Muzyka

sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział 38: "Lady Black"



~2 miesiące później~
Ness po raz kolejny musiała interweniować. Oddział droidów napadł na grupkę zbliżających się dzieci, które przechadzały się po wąskich uliczkach Coruscant. Ostatnio planeta ta coraz bardziej pustoszała. Jako, że była to stolica, największa liczba separatystów gromadziła się właśnie tu. Wojna chyliła się ku końcowi, jednak nie byłoby to zwycięstwo Republiki. Klony walczyły ile mogły, lecz ostatnio dziwnie się zachowywały. Były jakby słabsze, mniej oddane.
Za to ona… ona była szczęśliwa. Wojna, wszechobecny strach i cierpienie nie były w stanie przytłoczyć myśli, że ma dom i rodzinę. Przyjaciół. Nauczyła się przez te dwa miesiące wiele. Anakin stwierdził, że jest już niemal na poziomie Ahsoki, na co Ness zareagowała niekontrolowanym śmiechem. Spełniała swoje marzenia. Mimo to wiedziała, że musi być inna niż pozostali Jedi. Oni nie nauczyliby się tego w tyle czasu.
 Poza tym zrobiła coś jeszcze.

Minął kolejny dzień. Wróciła do apartamentu Padme, w którym senator pozwoliła im się zatrzymać jak długo chcą.
Zaparzyła kolejną herbatę i zjadła wegetariańskie kanapki z serem.
– No cześć! – powitał ją Nicolas – Co tym razem za wieści ze świat przynosisz?
– A no nic takiego. Kolejny trening. Kolejny wycisk. Ale za to jestem na tyle umiejętna, żeby skopać ci tyłek, jak mnie za bardzo wkurzysz. – Powiedziała, gryząc kolejny raz swoją kanapkę. Nicolas był jej najlepszym przyjacielem, dlatego też tylko on wiedział o jej treningach z Skywalkerem.
– To dobrze. Han powinien wrócić za jakąś godzinę. Szkoda tyko, że nigdy nie mówi, dokąd idzie.
– Trzeba by z Laurel pogadać. Ona mimo wszystko najbardziej się z nim trzyma. – stwierdziła, biorąc łyka herbaty.
– Ness… muszę ci coś powiedzieć. – zaczął, a na jego twarz wstąpiły rumieńce.
– Co takiego? Wszystko w porządku?
– Muszę wracać na Onderon. – powiedział. – Chciałem to zrobić już dawno, bo… Ja ci nie mówiłem wszystkiego. Mam pewne problemy z tamtejszymi… Nie chcę, żeby wam się coś stało. Ode mnie najlepiej trzymać się z daleka. Mam ciężką przeszłość. Te dwa miesiące były najlepszymi w moim życiu, ale nie mogę…
Dziewczyna patrzyła w osłupieniu na swojego przyjaciela. Nie spodziewała się, że on może kiedyś odejść. Był jej potrzebny, wspierał ją, pomagał. Nigdy nie sądziła, że ją opuści.
– Nico… Nie możesz teraz mnie zostawić. Posłuchaj, nie tylko ty masz ciężko. Chodź, coś ci pokażę.
Po chwili znaleźli się na dachu wieżowca. Wokół tętniło życie: ścigacze przemieszczały się po planecie, na dolnych poziomach bary pękały w szwach od klientów. A tu było cicho.
– Ness nie jest moim prawdziwym imieniem. – powiedziała po chwili. Nicolas uważnie słuchał dziewczyny. Nic nie powiedział.
– Jestem dziewczyną, która w wieku pół roku straciła rodziców. Spłonęli w wielkim pożarze, a mnie znalazła pewna staruszka. Ona wychowywała mnie do dziesiątego roku życia, kiedy… odeszła. – Mówiła to cicho, ale w jej głosie było czuć wielki ból. – Moje prawdziwe imię spłonęło wtedy, kiedy cała moja rodzina. Został tylko popiół. – to mówiąc zdjęła z szyi coś w rodzaju naszyjnika z lusterkiem. Ale tam nie było niczego takiego, tylko zdjęcie. Ukazywało one dwoje rodziców i dziecko.
– Czy to…
– Mam na imię Anastazja. To zdjęcie… to ja i moi rodzice. Spłonęli w wielkim pożarze na Coryor. Straciłam wszystko. – powiedziała, a po jej policzkach spłynęły gorzkie łzy.
– Ale ja nie wiedziałem, Ness. Posłuchaj…
– Nie mów nikomu. To moja największa tajemnica. I dlatego też tak bardzo pokochałam to życie tu. Wśród was. Zyskałam szansę, nawet na bycie wojownikiem. Ale ty chcesz mnie zostawić. Jesteśmy przyjaciółmi. Jestem w stanie porzucić przeszłość. Zobacz, May się udało. Ma rodzinę, Laurel też z tego wyszła. Ja też mogę. Ale potrzebuję was. – na jej twarz wstąpił wyraz nadziei.
– Ale jak mnie znajdą to mam przerąbane. Mówię ci, mam brudne interesy na tej zapchlonej planecie. – Nicolas wbił wzrok w niebo.
– To nic nie szkodzi. Zapomnisz o nich. Oni o tobie. – nalegała.
– Nessie, nie wiem co powiedzieć. – zaczął – Gdybym cię teraz zostawił musiałbym być skończonym durniem.
– Po pierwsze, to nie mów tak do mnie. Po drugie: wiedziałam że mnie nie zostawisz – przytuliła się do niego z całej siły.
– No dobra. – zaśmiał się – Przysięgam, że cię nie zostawię.
– To cudownie, a teraz chodź, coś ci pokażę. – Ruszyła w kierunku wnętrza budynku. Gdy byli już w środku weszła do swojego pokoju. Odsunęła jedną z szuflad, po czym wyjęła z niej strój. Był to czarny kombinezon oraz fioletowa maska.
– To jest mój sposób – zwierzyła się – Jestem kimś w rodzaju Superbohatera. Staram się pomagać pojedynczym osobom, małym grupom społeczeństwa. To jest moje zadanie, Nico. Pomagam im i zwalczam droidy. I nikt nie wie, kim jestem. – Odwróciła się do niego twarzą. Jej oczy były wielkie i czarne, lśniące w blasku księżyca wpadającym przez okno. – A teraz chyba pójdę spać.
– No to ja też – zaśmiał się – Dobranoc, śpiąca kró…
– Nie mów do mnie tak. Dobranoc – uprzedziła go, po czym udała się do łazienki.

___________________________________________
Ufff, jestem.
Skończyłam to, trochę krótkie, ale to chyba nie przeszkadza. 
Rozdział o niczym w sumie, chociaż moźna się dowiedzieć imienia Ness. Pod koniec dostałam weny, więc trochę napisałam. Mam nadzieję że nie jest tragicznie nudne. Już niedługo powinnam to rozkręcić. 
Dedyk dla tych, co to w ogóle jeszcze czytają.

piątek, 5 sierpnia 2016

Rozdział 37: "Wojna jest wśród nas"



– Odbij, blokuj, dźgaj, tnij! – Padały komendy Anakina. Ness już trzecią godzinę walczyła z manekinem ćwiczebnym, skombinowanym przez Skywalkera. Była mokra, jakby wyszła spod prysznica. Ale tego właśnie się spodziewała i doceniała starania… „mistrza”?
Zamiast miecza miała kij, którym bardzo sprawnie się posługiwała. Dzięki temu tandetnej kukle nic się nie stało. Podczas treningu szesnastolatka nie odzywała się, nie narzekała, milczała jak grób. W środku była strasznie podekscytowana, ale starała się to ukryć. Każdy jej ruch był przemyślany i wykonany w jak najbardziej precyzyjny sposób. Najwyraźniej zrobiła wrażenie na Wybrańcu, bo ją bacznie obserwował. Pytanie tylko, czy pozytywne.
– Stop – powiedział – Na dziś wystarczy.
– Mhm… – Szesnastolatka nieśmiało odłożyła kij i dobrała się do butelki wody. Zaczęła powoli wypijać zawartość, czując, że  odzyskuje siły. – Czy… nadaję się, chociaż trochę? – Spytała, ale Anakina już nie było. Jakby się rozpłynął. Zastanowiła się, czy tacy ważni Rycerze Światła zawsze tak robią.
– Musimy stąd iść – Usłyszała czyjś głos za sobą. Aż podskoczyła. Za nią stała May, uważnie przyglądając się zmordowanej Ness i nieco zniszczonemu manekinowi.
– May… Przestraszyłam się ciebie – Odgarnęła kosmyk włosów zza ucha.
– Słuchaj, to nie czas na gadki. Anakin robi coś bardzo.. nielegalnego, że tak powiem. Ale to jest Wybraniec, taka jego natura.
– May, poczekaj. Oni nie mogą się dowiedzieć! – zdenerwowała się – Nie będę prawdziwym Jedi. Nie będę wchodzić w drogę Ahsoce. Słowo.
Blondynka uniosła lewą brew. Obie miały podobną sytuację – w ciągu kilku dni całkowicie zmieniło się ich życie. Obydwu było trudno. Ale zamiast myśleć nad tym, siedzieć i rozpaczać powinny się poznać i wspierać.
– Uważam, że szkolenie cię nie jest złym pomysłem, wręcz przeciwnie. I wcale cię nie wydam, bonie mam po co. Zresztą sama mam tyle na głowie, że chyba mnie rozumiesz. Ale… Ness, mamy wojnę. W każdej chwili może się coś zdarzyć.
– Wojnę… – powtórzyła. Woja to ból i cierpienie. Ona doświadczyła tego zbyt dużo w swoim nędznym życiu. – Czemu wojnę? Nie dość ludziom cierpienia, bólu? Wojna jest zupełnie niepotrzebna! Każdemu znajdzie się miejsce w galaktyce! – Głos jej drżał. Po policzkach spływały cierpkie łzy. May doskonale rozumiała starszą koleżankę. Bezsilność była okropnym uczuciem.
– Ness… – Solo zastygła w bezruchu. – Stój…
W tej chwili nad nimi zawisł myśliwiec przewożący kilkadziesiąt droidów. Jeden z blaszaków typu B-1 podszedł do May.
– Co robicie w środku miasta? – odezwał się – Zabić, zabić.
– Co… – Ale zanim zdążyła się odezwać, jeden z stojących w tyle B-2 wystrzelił prosto w nią. Na szczęście była na to przygotowana i błyskawicznie uskoczyła w bok, a po sekundzie włączyła miecz świetlny. Niebieska klinga przecięła powietrze i już po chwili cały rząd robotów leżał na bezużytecznym stosie.
– Ness, komunikator! – wrzasnęła – Powinnam go mieć gdzieś tu… – Odbiła kolejny strzał. Dość trudno było jej grzebać po kieszeniach i walczyć z oddziałem droidów.
– Ja się nimi zajmę, a ty znajdź ten komunikator! – Rzuciła szesnastolatka, wyrywając May piecz z ręki.
Młodsza nie miała dużo czasu. Problem tylko w tym, że nigdzie nie widziała małej, przenośnej holokomórki. Poza tym nie była pewna, czy Ness sobie poradzi. Ta dziewczyna była na zaledwie jednym treningu. Mimo swojej wrażliwości na Moc była początkująca.
Ale nagle dostrzegła coś. Wytężyła siły i zanurzyła się w Mocy. Jakieś pół kilometra przed nią leżał holoprojektor. Zawsze się przyda, trzeba skontaktować się z oddziałem klonów. Dwie osoby nic tu nie zdziałają siłą. Chyba, że…
– Ness! Stój! Oni są z nami! – zaczęła.
– Co? Ale ja… – Zauważyła, że Solo puszcza do niej oczko. Ach, czyli ma jakiś plan. Strategię.
– Jak to „z wami”? – odezwał się generał – Jesteście oddziałem separatystów?
– Nie! To znaczy… Jesteśmy… łowcami nagród! Pracujemy dla separatystów. Jesteśmy szpiegami, więc nie powinniście nas napadać. – May miała ochotę udusić koleżankę, za to, co właśnie zrobiła, ale nie było na to czasu.
– Nie wyglądacie mi na łowców nagród… – zastanowił się.
May przystawiła jeden z blasterów do blaszanego łba dowódcy.
– Cóż za szkoda, że takie prostaki jak wy nie umieją słuchać. Przecież jesteśmy SZPIEGAMI. – Wystrzeliła prosto w pseudogłowę droida. – Na nas już czas. Wątpię, że kiedykolwiek się jeszcze spotkamy… A tymczasem – bywajcie.
Ness zastanowiła się, czy Solo naprawdę nie jest jakimś szpiegiem. Doskonale wczuła się w rolę. Ale teraz nie było czasu na takie drobnostki. Trzynastolatka mignęła jej przed oczami i popędziła wzdłuż fabryk z dolnych poziomów. Niewiele myśląc ta zrobiła to samo.

~***~

– Wróciłeś. – Padme pocałowała Anakina w policzek – Gdzie się podziewałeś?
– Musiałem… zostać dziś dłużej. Obowiązki… jestem Jedi. Nigdy nie wiesz, co się stanie.
–Tęskniłam. Nasze dziecko też. – Dotknęła swojego brzucha. – Czasem mam wrażenie, że los chce mi cię zabrać… Że nie wrócisz. Pewnego dnia wyjdziesz i zaginiesz bez śladu.
– Daj spokój, nigdy cię nie opuszczę. Jesteś moją jedyną rodziną. Wy jesteście moją jedyną rodziną. – przytulił się do niej. Czuł bicie serca kobiety, czuł jej ciepły oddech. Była taka delikatna, taka drobna.
– Obiecujesz?
– Przysięgam. Już zawsze będę przy tobie,. Nieważne, czy się oddalimy od siebie o pół galaktyki. Jesteśmy jednością. Zapamiętaj. – lekko pocałował ją w usta.
Na twarz Amidali wstąpił uśmiech. Wyglądała cudownie. Jej oczy lśniły w blasku księżyca, który wpadał promieniami przez okno. Chciał ją ochronić za wszelką cenę, nawet za własne życie.
– A teraz chodź, musimy odpocząć. – Zaprowadził żonę na kanapę w salonie i przykrył ją kocem. Sam usiadł obok i głaskał ją po włosach.


___________________________________
No to jeszcze notka, na którą nie mam totalnie pomysłu. 
Hm, więc tu mamy rozdział. Mocno średni, wiem. Ale już niedługo coś będzie. Tak, to się
jeszcze rozwinie xD Ostanio słucham Nightcore i soundtracków z Piratów z Karaibów i to jest motywacja <3 Wena <3 No to tak...
Dedyk dla Vanessy <3 Ona za wsze czyta i ten ^^ dawno nie miała *przekopuje poprzednie rozdziały na obu blogach* Ach, no tak, jednak ma. Cały czas, ale pomińmy XD
I to by było tyle. Ja zmykam. 
NMBZW!

niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział 36: "Proszę"



W pomieszczeniu było jasno i przejrzyście. Dziewczyna stanęła przy ścianie i uważnie przyglądała się dwóm postaciom. Na ich twarzach widać było skupienie. Niemalże czuła siłę, która przepływa przez ciała wojowników. Sala była nią wypełniona; aż dziwne, że nie wybuchła. Ale skąd dziewczyna może to wiedzieć? Przecież nie jest nikim ważnym. Lepiej – jest nic nie wartym człowiekiem, przeczołganym przez los, sponiewieranym i poniżonym. Przeżyła tylko dzięki swojej odwadze i sprytowi. Ale co jej z tego, skoro jej życie było wielką zagadką?
Takie myślenie doprowadzi mnie do depresji.
Pomyślała o miłych chwilach, które przeżyła podczas ostatnich dni. I w jednej chwili zadała sobie proste pytanie: czy to wszystko ma sens? Czy jej życie ma sens? Przed chwilą wydawało się to tragiczne, a teraz wręcz zabawne.
Zaczęła się śmiać. Z czego? Nikt nie wiedział. Nawet ona sama. Po prostu coś, co ciążyło jej na sercu przez całe życie pękło. Uwolniła się od wielkiego ciężaru, jakby Atlas spod nieba.
A potem widziała tylko ciemność. Mnóstwo ciemności. Wreszcie, gdy zorientowała się co się stało, spoważniała. Zaczęła mrugać oczami i nadstawiać uszu. Nic nie słyszała i nie widziała. Ale czuła. Poczuła dotyk ludzkiej ręki. Ciepła dłoń delikatnie gładziła jej włosy. Czuła tętno osoby, która ją głaskała. Życie.
Chciała się odwrócić i spojrzeć, kim jest ten tajemniczy osobnik. Ale coś jej podpowiadało, żeby tego nie robiła.
Cichy szept dotarł do jej uszu, blade światło drażniło jej gałki oczne. Po chwili widziała już wszystko. Znajdowała się w sali ćwiczebnej Świątyni Jedi. Anakin Skywalker i Ahsoka Tano walczyli ze sobą.
Ness przyjrzała się im uważnie. Nie wiedzieć czemu, wizja przed chwilą dodała jej wigoru. Chciało jej się skakać i krzyczeć.
Chwyciła za miecz świetlny treningowy, po czym zrobiła coś, o co by się nie podejrzewała. Ruszyła na środek Sali z krzykiem. Zaczęła atakować Skywalkera. Czuła w sobie siłę, jak nigdy dotąd. Ahsoka odsunęła się na bok, a jej mistrz rozpoczął walkę z Ness. Szesnastolatka była w swoim żywiole. Dokładnie znała każdy ruch przeciwnika, szybko kojarzyła fakty i robiła uniki. W końcu przelała całą swoją dziwną radość w dziki okrzyk, wytrącając zarazem broń Wybrańcowi z ręki. Zaskoczony dwudziestojednolatek cofnął się. Szesnastolatka stała nad nim, trzymając gardę wysoko.
Nastąpiła chwila ciszy. Wszyscy stali jak wryci gapiąc się na Ness, która właśnie pokonała samego Wybrańca.
– Prze… praszam… – Wybełkotała w końcu.
– Co ci uderzyło do głowy? – Ahsoka spojrzała na nią wielkimi oczami. W tym świetle przypominały wielkie brylanty.
– Anakinie Skywalkerze. – Zwróciła się do mistrza Togrutanki – Naucz mnie tej sztuki. Też chcę zostać Jedi.
Jej ton był stanowczy, jakby właśnie znalazła to, czego szukała przez całe życie. Wybraniec marszczył brwi. To, co właśnie usłyszał, było takim szokiem, że nie myślał racjonalnie. Niemniej jednak propozycja dziewczyny nie była taka bezsensowna. Oczywiste było, że Ness ma w sobie wystarczającą ilość midichlorianów, żeby być Jedi. Ale ona była jedną wielką zagadką. Poza tym… co z Ahsoką? Nie zostawi Smarkusia.
– Nie, to niemożliwe. – Wyrwała go z zamyślenia Tano – Anakin jest moim mistrzem; jeden padawan i jeden mistrz. Przynajmniej na tym etapie.
  Ness, chodź. Musimy porozmawiać. – odezwał się. Mina Togrutanki była w tym momencie bezcenna. Czyżby była zazdrosna?

– Więc… Chcesz być Jedi.
– Nie tyle chcę, co wiem, że muszę być Jedi. – odpowiedziała szesnastolatka.
– To znaczy…?
– Jedi są rycerzami światła. Chronią świat przed złem. Chcę… muszę wam pomóc. A poza tym… Potrzebuję zajęcia, żeby nie zwariować. Nie miałam wygodnego życia. Chcę jakoś nadrobić te piętnaście lat, zintegrować się z ludźmi. – Na jej twarz wstąpił uśmiech. – Proszę, wyszkól mnie. Obiecuję… przysięgam: zrobię wszystko, co będziesz chciał.
– Nie o to… - Skywalker roześmiał się – Nie o to chodzi. Po prostu mam już padawana, który, zdaje się być o ciebie zazdrosny w tej chwili, i zapewne obraża się na mnie.
– Nie muszę być twoim padawanem. I nie muszę się uczyć… legalnie. Na przykład… pamiętasz tamtą halę, gdzie było zebranie? Tam mogę ćwiczyć.    
Brwi chłopaka znalazły się nisko, jakby były pod poziomem morza (Hm, ciekawa metafora, nie?). Kwestia nielegalnych zajęć w starej, śmierdzącej hali nie wydawała się jakoś szczególnie kolorowa. Wolałby ten czas spędzić z ciężarną żoną. Ale z drugiej strony…
– Proszę – odezwała się cicho Ness – To tylko kilka godzin dnienie. Co to dla ciebie? – Zabrzmiało to dość paradoksalnie.
– Muszę… to przemyśleć. I mam warunek. – spojrzał na nią – Opowiesz mi o sobie. Wszystko.

~***~

Laurel leżała w pokoju i przeglądała programy holotelewizyjne. Od jej przyjazdu do świątyni minęły zaledwie cztery dni, a już czuła się tak zmęczona, jakby nie spała o roku. Ale nabrała siły i nie była już taka koścista. Poznała Lary, Ketreen, Ralye i Cade. Od koleżanek nauczyła się, jak nie chować się w koncie i odpyskować starszym.
Nabierała pewności siebie. Miała dom, przyjaciół.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Dziewczynka zerwała się by otworzyć. Co, jeśli to jakiś mistrz?
Jednak w drzwiach, ku jej zdziwieniu stał Han.
– Hej… mogę? – spytał niepewnie.
– Jasne, chodź. Akurat nie mam co robić. – Porwała pilota i wyłączyła holotelewizor. – A w ogóle to po co przyszedłeś?
– Nie wiem… W sumie to może masz rację.
– W sensie? – Mała usiadła po turecku na swoim łóżku i zaczęła bawić się swoimi włosami.
– No faktycznie jesteśmy rodzeństwem na papierze, ale możemy to zmienić… – zarumienił się. Solo zrozumiała o co mu chodzi.
– Wtedy, gdy skoczyłam… Nie musiałeś mnie łapać. Gdybym była ci obojętna puściłbyś mnie – domyśliła się.
– No. – Ton zdenerwowania zmienił się w łobuzerski uśmieszek – Zobaczymy, czy powinienem tego żałować.
– Że… co?! O ty – zaśmiała się i rzuciła w brata poduszką. On zrobił to samo z jaśkiem Lary, która akurat wyszła z pokoju.
Rozpoczęła się walka. Rzucali się poduszkami bez opamiętania. Przeplatali to śmiechem i radosnymi wrzaskami lub groźbami na poziomie Vouxa, typu „Giń, marny człowieku!”.
I w tym momencie Laurel się zatrzymała. Zrozumiała, że w ten sposób właśnie staje się rodziną Hana – będąc przy nim. W radości i w smutku. Po prostu przy nim BĘDĄC.
Po chwili drzwi do pokoju otworzyły się i do środka wbiegła cała banda koleżanek Laurel. Wtedy dopiero rozpoczęła się prawdziwa walka.

______________________________________________

Czeeeeeść!
Co robię zamiast wstawiać rozdział? Siedzę na obozie, potem na Mazurach, przyjeżdżąm do domu i zamiast pisać notkę czytam komentarze u Kiwi O.O 
Kawałek pisałam jakieś... bo ja wiem, z 2 tyg. temu xD I chyba widać różnicę, bo tamto coś na początku mi nie wyszło, ale trudno. 
Zrobiłam coś optymistycznego z Laurel, bo się depresja zrobi po prostu. 
No to ogólnie jestem zadowolona z życia, na obozie poznałam cudownych ludzi i te wakacyjne yjazdy uważam za udane. Jak Wam się żyło?
Wiem że mam sporo błędów, ale muszę wrócić do formy. A, i przy okazji. Czytałam książkę "Apollo i boskie próby" Ricka Riordana i gorąco polecam ^^ Poza drobnymi dziwnościami jest super.
Okay, ja się zwijam. Nie wiem, co z tego wyszło, ale jest.

Dedyk dla: 
Wszystkich moich znajomych z obozu (chociaż wiem, że tu nie przyjdą, ale niech to będzie taka pewnego rodzaju cześć XDD)

Nicole Rain - wróciła :D

NMBZW!!!

sobota, 25 czerwca 2016

Rozdział 35: "Znajomy głos"



Kenobi podniósł się na łóżku. Był w swoim pokoju, wszystko było w porządku. Za godzinę trening z May. Jednak spojrzenie Anakina mówiło co innego. Obi-Wan spojrzał na siebie. Wszystko było w porządku. Żadnych ran, żadnych zadrapań. Skupił się – Moc w porządku, nic się nie stało.
– O co ci chodzi? – zaniepokoił się.
– Czemu tak krzyczałeś? – Brwi dwudziestolatka znalazły się centymetr wyżej. Możliwe, że jego były mistrz nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Ewidentnie coś było nie tak…
– Ach… – Twarz mężczyzny poczerwieniała. Widać było, że nie chce o tym rozmawiać. Tym bardziej, że właśnie dowiedział się jednej z najważniejszych rzeczy na ten moment. Zaginione dziecko, pożar, Moc, Coryor, Olla. To się pięknie łączy. A na dodatek właśnie trwa wojna. Wszystko może się zdarzyć.
– Jak tam Ahsoka i reszta? – spytał marząc o zmianie tematu.
– A jak ma być, Obi-Wan? Żyją nadal. I raczej się to nie zmieni.
– To mi pomogłeś. Naprawdę, nie wiedziałem. – odgryzł się.
– Do usług. – brnął dalej Anakin. Na twarze przyjaciół wstąpiły uśmiechy. Starszemu ulżyło; wreszcie udało mu się ominąć temat krzyczenia przez sen.
– Trening czeka – odezwał się w końcu Wybraniec – Głupio będzie, jak tym razem to ty się spóźnisz, a nie May.
– I wzajemnie, Anakinie Skywalkerze, Wybrańcu mocy i mój były padawanie, który wcale się nie spóźniał. – zawołał przez ramię Obi-Wan, biegnąc w kierunku placu treningowego.

~***~

– Postaraj się bardziej, Smarku! To tylko ćwiczebne manekiny – wołał mistrz togrutanki. Dziewczyna padała już z sił, nie mówiąc o poranionych nogach i rękach. Co się dzisiaj stało tym maszynom, że walczyły tak dobrze? A może to ona wyszła z formy?
Odbiła kolejny cios i przetoczyła się o ziemi. Przeciwnik skoczył i byłby przygniótł Ahsokę, gdyby nie jej refleks – kopnęła wojownika z całej siły w nogę, a ten zatoczył się do tyłu.
– Co dzisiaj jest z tymi ro… robotami? – Wstała by zaczerpnąć powietrza. Chwyciła miecz i stanęła w pozycji bojowej.
Skywalker zaśmiał się pod nosem. Jego uczennica była sprytna. Wiedziała dobrze, że to nie jej wina. Po prostu to on poruszał robotami za pomocą małej konsoli, którą trzymał w rękach.
– Walcz dalej.
Manekin napierał z prawej strony. Dziewczyna sprawnie odbijała ciosy, ale słabła w oczach. Robiła się coraz bardziej zmęczona.
Postanowiła wykorzystać więc trik, którego używała podczas ćwiczebnych walk z Anakinem. Wykonała ślizg na podłodze, tuż pod nogami większej od niej maszyny, po czym zrobiła salto w powietrzu, spadając centralnie przed przeciwnikiem. Zaskoczony robot zorientował się, że w jego napierśniku tkwi miecz treningowy. Manekin stanął jak wryty, po czym upadł do tyłu jak deska.
– UUUCH! – odetchnęła Tano.
– Brawo. A teraz powiedz mi, jaka nauka płynie z tego pojedynku. – odezwał się jej mentor.
– Na lorda Sithów, Rycerzyku! Co ja jestem filozof?! To była zwykła walka. Robot, ja, broń…
– Nie, nie o to mi chodzi. Pomyśl.
Dziewczyna teatralnie złożyła ręce i usiadła obok Wybrańca. Anakin wiedział, że Ahsoka nie jest głupia. Wbrew pozorom był to sprytna mała istotka.
– Podpowiem ci – To mówiąc wyciągnął spod swojej szaty mały joystick, którego używał by sterować robotem.
– To… Ty, ty…
– Pomyśl – przerwał jej. Dziewczyna udawała obrażoną, ale Skywalker wyczuwał, że si ę zastanawia.
– To nie miało wyjść tak. Myślałam, że to tylko manekiny. Pójdzie z nimi jak po masełku.
– No właśnie – powiedział. Ahsoka spojrzała na Anakina, jakby właśnie wyrosła mu na nosie wielka stokrotka.
– Nie rozumiem.
– Och, Smarku. Pomyśl trochę. Gdybyś wiedziała, że walczysz ze mną starałabyś się bardziej. Tu chodzi o nastawienie. Nie oceniaj książki po okładce. Nie o ceniaj przeciwnika po pozorach.
Togrutanka zastanowiła się nad słowami mistrza. W sumie słuszna uwaga. Gdyby widziała, z kim się mierzy na  pewno postarałaby się o coś lepszego.
– Nie oceniaj przeciwnika po pozorach… To ma sens. – podsumowała.
– To teraz chodź, zmierzysz się ze mną. – zaśmiał się pod nosem, na co z gardła Ahsoki wydobył się jęk.
– Dobra, tylko szybkoooo…

~***~

Ness wybiegła z domu jak szalona. W locie porwała białą bluzę i chwyciła jabłko.
– Dokąd…
– Nie pytaj, pa. – Uprzedziła Nicolasa, po czym znikła w progu. Jej włosy latały na wszystkie strony. Brązowa burza grubych kudłów pachniała cudnie.
– Aha, pa – mruknął pod nosem chłopak, po czym wrócił do zajadania się kanapką z pasztetem.

Tymczasem dziewczyna właśnie wysiadała z PTK i ruszyła w kierunku bocznego wejścia do Świątyni Jedi. Nie miała czasu na przyglądanie się budynkowi, ale była świadoma wielkich rozmiarów budowli.
Wbiegła do środka. Kręciło się tu kilku rycerzy Światła razy Togrutańskiej, jednak dziewczyna sprawnie ich ominęła. Kierowała się instynktem. Pognała dalej w głąb korytarza. Zwinnie poruszała się między mitrzami i padawanami, sprzątaczami i specjalistami od elektroniki. Dziwnym trafem nikt jej nie zauważył. Może to przypadek?
– Jedi nie wierzą w „przypadki”. – W jej głowie odezwał się znajomy głos. Dziewczyna była pewna, że skądś go zna. Ciepły powiew klimatyzacji zdawał się być  letnim wiatrem, który pojawiał się co ranek na Coryor. Wróciły dawne wspomnienia.. Zatajone w głębi serca Ness. Mała dziewczynka… bezbronna…
Ale drugie pytanie – skąd ten głos wie, co się dzieje w głowie dziewczyny? Tego bała się najbardziej. Jeśli jest ktoś, kto widzi jej myśli… nie. To niemożliwe.
– Nic nie jest niemożliwe – odezwał się tajemniczy osobnik w głowie nastolatki. – Nothing is impossible.

________________________________

Hey, ho! 
WAKAAAAAAJCE!!! No to tak, rozdział. Dziwny trochę i straszni krótki, ale cóż. Takie też muszą być. No i w ogóle mnienie ma, także na rozdziały na obu blogach nie można liczyć. Ale chyba nikt siętyn nie przejmuje ^^ Wrócę niedługo. A teraz suprise of the day... Eira wróciła! Tak, wróciła. Będizie z nami, Eira! Wszyscy witamy ją gorąco, wracaj jak to siebie!
No to tyle. 

DEdyk dla Eiry, bo powróciła do nas <3